Otwieranie i zamykanie tego menu:
Ctrl + M

Program
lojalnościowy

4,9/5 Nasza ocena
na Opineo

Punkty odbioru rowerów

Dostawa gratis w 24h

Koszyk jest pusty

510 km w ostatnie 24h. Ultrakolarz Jacek Kwiatkowski szczerze opowiada o biciu rekordu świata na rowerze

Data aktualizacji: 16-07-2026

Trzydzieści dni. Kontuzja kolana od drugiego dnia. Upały, jakich nie widziano w Polsce od stu sześciu lat. Noce, w których sen dosłownie ścinał go z roweru. A na koniec, aż 510 kilometrów w ostatniej dobie i pobity rekord świata. Andrzej Kubanowski z CentrumRowerowe.pl rozmawiał z ultrakolarzem Jackiem Kwiatkowskim tuż po zakończeniu najtrudniejszego wyzwania w jego karierze - o kontuzji, o tym, dlaczego brak drugiego człowieka na trasie bolał bardziej niż noga, i o tym, co tak naprawdę stoi za suchą liczbą 11 635,61 km.

Jacek Kwiatkowski rekordzista świata na rowerze szosowym Orbea w kasku Eyen Aero
Jacek Kwiatkowski został oficjalnym rekordzistą świata w kategorii mężczyzn.

Andrzej Kubanowski (CentrumRowerowe.pl): Co było w tym roku Twoim największym przeciwnikiem?

Jacek Kwiatkowski, ultrakolarz, rekordzista świata WUCA i Guinnessa: Pierwsze to kolano. Kontuzja. Myślałem wtedy, że to już koniec. Wstawałem rano i mówiłem sobie: może jeszcze godzinę, dwie, trzy wytrzymam - i tak jechałem dalej, walcząc z tym bólem. Miałem naciągnięte mięśnie pod kolanem i nad kolanem, po stronie łydek, zaczepy dwugłowego i czterogłowego. Całe kolano mnie paliło. Miałem stan zapalny, nie mogłem na nogę stanąć.

Jak w końcu wyeliminowałem ten problem, okazało się, że nie włożyłem wkładek do nowych butów, takich z fittingu. Obniżyłem trochę siodełko i ból zaczął ustępować. Wtedy pomyślałem: dobra, jestem na dobrej drodze, przynajmniej wiem, że idę w dobrym kierunku.

 AK: A potem przyszły kolejne problemy.

JK: Później doszedł brak snu. To jeszcze było pół biedy, bo pilnowałem tych trzech godzin. Ale jak weszły upały, wszystko się posypało. W dzień nie dało się jeździć - za gorąco. Postanowiłem przenieść jazdę na noc, ale w nocy mnie odcinało, zasypiałem na rowerze. Byłem wściekły na samego siebie. Miałem kondycję, siłę, chęci, a nie miałem możliwości jazdy, bo mnie po prostu odcinało.

Jest coś takiego, że jedziesz i nagle tracisz kontakt z rzeczywistością. Zjeżdżałem na lewy pas, łapałem pobocze. Były noce, że o dwudziestej miałem sto kilometrów, a o ósmej rano sto osiemdziesiąt. Planowałem sobie do północy drugą setkę, czyli dwieście łącznie, do ósmej rano kolejne dwieście, a miałem tylko osiemdziesiąt. Wystarczyłaby jedna taka noc przejechana jak trzeba, a miałbym już ponad 12 000 km na koncie.

 AK: Ostatnia doba wyzwania to 510 kilometrów. Skąd wzięła się siła na taki wyczyn po 29 dniach jazdy?

JK: Tego się w ogóle nie da opisać. Pięćset kilometrów w ciągu jednej doby - trzeba być wypoczętym, przygotowanym. Ja zrobiłem to trzydziestego dnia bicia rekordu. Na wyścigu szosowym, nie mówiąc już o gravelowym, jak ktoś złamie 24 godziny, to jest przeszczęśliwy, to naprawdę bardzo dobry wynik. A ja musiałem to zrobić po 29 dniach wyczerpującej jazdy w upałach, bez snu, bez regeneracji. Musiałem stanąć na wysokości zadania i pojechać tempem wyścigowym. Postawiłem wszystko na jedną kartę.

W ostatnią noc jechało ze mną czterech chłopaków. Dzięki temu sen mnie nie ścinał. Mogłem tę nockę przejechać, potem położyłem się na godzinę i jechałem dalej, aż do północy ostatniego dnia. Cały czas ktoś był przy mnie. To było moje zbawienie. Mój sukces. Gdyby ich nie było, zasypiałbym, odcinałoby mnie i bym tego nie dojechał. Mimo że siły były, chęci były.

 AK: Mówisz, że obecność drugiego człowieka była kluczowa. Dlaczego to było ważniejsze niż sprzęt czy przygotowanie fizyczne?

JK: Bo to nie chodzi tylko o przygotowanie fizyczne, psychiczne czy sprzęt - oczywiście, to wszystko ważne. Ale czasem chodzi o zwykłą ludzką rzecz: obecność drugiego człowieka obok. To by mi wystarczyło. W tym roku praktycznie z koła mało korzystałem, bo nie było, kiedy i nie było komu pomagać. Chłopacy przyjeżdżali na godzinę, dwie, maksymalnie trzy.

Wymagałem dość wysokiego tempa - koło 40 na godzinę - więc mało kto dawał radę. Ale nawet jak nie mogli jechać na moim kole, to sama ich obecność już wystarczała. Wtedy nie zasypiałem. Nie prosiłem, żeby mnie ciągnęli, tylko żeby ktoś tam był. I to niektórzy tego nie rozumieli. A to był klucz do jak najwyższego rekordu. Zmęczenie to najgorszy przeciwnik. Można pilnować jedzenia, picia, ale tego się nie oszuka. Obecność drugiego człowieka działała lepiej niż jakiekolwiek energetyki czy kofeina - przynajmniej u mnie. Ale rozumiem, że nie mogę tego od nikogo wymagać. Każdy ma swoje życie. Mimo wszystko to był największy brak w tym wszystkim.

 AK: Fizycznie i psychicznie jak się trzymałeś do samego końca?

JK: Tu nie było żadnego problemu, aż do ostatniej chwili. Nikt nie musiał mnie przekonywać, wręcz przeciwnie, ostatniego dnia krzyczeli, żebym zwolnił, bo nie mogą się utrzymać na kole. A ja wiedziałem, że muszę jechać tym tempem, bo inaczej nie zrobię wyniku. Mówiłem im: jak nie dajecie rady, jedźcie wolniej, stańcie na trasie, ale ja zwolnić nie mogę.

 AK: Czy w przyszłym roku znów spróbujesz bicia rekordu?

JK: Chyba przeszedłem najgorsze czerwce, jakie można było przejść. W zeszłym roku ciągły deszcz, w tym rekordowe upały. Cel osiągnąłem, pobiłem rekord męski. Zobaczymy jeszcze oficjalnie, ale z moich wyliczeń wychodzi, że tak. Wiem, że za rok pewnie będzie idealna pogoda do bicia rekordu, bo skoro dwa lata z rzędu było ekstremalnie, to los lubi płatać figle. Ale myślę, że przeszedłem wszystko, co najgorsze mogłem przejść. Nabrałem doświadczenia.

Teraz chciałbym się tym doświadczeniem dzielić. Pomagać innym, pokazać, że można sięgać szczytów swoich marzeń i nie trzeba być zawodowcem.

 AK: A gdybyś miał pełne wsparcie - drugą osobę non stop przy sobie?

JK: Myślę, że te 13 000 km byłoby spokojnie w zasięgu. Straciłem trzy dni przez kontuzję nogi. Kiedy myślałem, że to już koniec, potem stabilizacja, i to wszystko trzeba było jeszcze nadrobić. A dowodem, że siła i kondycja były do samego końca, jest właśnie ta ostatnia doba - ponad 500 km. To nie brak siły mnie ograniczał. To pogoda, brak snu i te upały, które namieszały mi cały rytm dnia i nocy. Gdyby nie one, spałbym normalnie w nocy, jeździł w dzień i byłoby w porządku.


Ultrakolarz Jacek Kwiatkowski uśmiecha się w pełnym stroju kolarskim.
Ultrakolarz Jacek Kwiatkowski.

Człowiek uczy się całe życie. Nie mam gwarancji, że w kolejnym roku pogoda dopisze albo że kontuzja znów nie wyskoczy. Dlatego cieszę się z tego, co się wydarzyło. Że pokazałem, że można - nawet w takich warunkach.

Na dziś nie planuję kolejnego bicia rekordu. Co dalej? Nie mam pojęcia. Teraz jest czas na regenerację. Czekam też na certyfikat z Biura Rekordów Guinnessa, ponieważ WUCA już potwierdziło oficjalnie mój rekord na swojej stronie internetowej.

 AK: Na koniec - sprzęt. Jak sprawdził się w tak ekstremalnych warunkach?

Opony rowerowe Continental 5000 Grand Prix po przejechaniu 12 000 km
Opony Continental 5000 Grand Prix po przejechaniu ponad 12 tys. km.

JK: Z czystym sumieniem i dumą będę polecał cały sprzęt, jaki dostałem od CentrumRowerowe.pl. Zawierzyłem fachowcom, osobom, które się na tym znają i to była wspaniała rzecz, że wszystko się sprawdziło. Rower Orbea Orca M30i najlepszy, na jakim jeździłem i nie planuję go zmieniać. Przez cały miesiąc żadnej gumy, żadnej dętki - opony Continental Grand Prix 5000, rozmiar 700 x 30c, sprawdziły się idealnie. Jeden komplet wytrzymał ponad 12 tysięcy kilometrów. Buty, które w upał były po prostu cudem. Kask, w którym mimo gorąca czułem się wygodnie, sprawdzał się i na deszczu, i na słońcu. Rękawiczki też były idealnie. Pomogły ograniczyć powstawanie odcisków na dłoniach, z którymi musiałem zmagać się w ubiegłym roku.

 AK: Rower jechał z Tobą 30 dni bez przerwy. Kto się nim zajmował? Sam to robiłeś, czy ktoś Cię w tym wyręczał?

JK: Sam. Cały miesiąc konserwowałem rower własnoręcznie. Smarowałem łańcuch olejem Weldtite All-Weather Lube with Teflon, czyściłem wózek od przerzutki, dopompowywałem powietrze w kołach. Nikt mnie w tym nie wyręczał. I efekt jest taki, że przez całą próbę nie złapałem żadnej gumy, nie miałem ani jednej awarii. To akurat mnie samego cieszy najbardziej, że ten codzienny, żmudny serwis się opłacił.

 AK: Mówiłeś, że sprzętowo było na medal. A czy przed startem wprowadzałeś jakieś ostatnie zmiany w konfiguracji?

JK: Tak. Przed próbą założyłem nowy łańcuch Shimano Ultegra, nowy wózek od Tokena, nowy suport Tokena i całe koła Tokena z nowymi łożyskami. Chciałem mieć stuprocentową pewność, że wszystko wytrzyma cały miesiąc bez żadnej awarii. I wytrzymało.

 AK: Skoro przy sobie miałeś też rower gravelowy, do czego faktycznie się przydał?

JK: Gravel, czyli Superior X-Road 9.7 GR, faktycznie mi się przydał, ale nie tak, jak może ktoś myśli. To nie był drugi, równorzędny rower do jazdy. To był rower zapasowy. Skorzystałem z niego dokładnie raz, w momencie, kiedy rozładowały mi się przerzutki elektroniczne. Żeby nie tracić czasu na czekanie, aż się naładują, po prostu zamieniłem rowery na ten czas. Orbea była na tyle wygodna i dopasowana, że poza tym jednym przypadkiem nigdy nie zmieniałem roweru, ani żeby zmienić pozycję, ani żeby odpocząć na lepszej amortyzacji. Wszystko na Orbei było idealnie dopasowane, więc gravel czekał w gotowości, na wszelki wypadek. Więcej korzystałem z niego w okresie przygotowawczym i byłem z niego mega zadowolonych, choć wcześniej nie znałem nawet tej marki.

 AK: Trzydzieści dni na drogach to też trzydzieści dni obok samochodów. Czy zdarzyło się coś nieprzyjemnego ze strony kierowców?

JK: Zdarzało się, niestety. Trąbienie, jakieś wyzwiska, spryskiwacze, czasem ktoś zajeżdżał drogę albo blokował samochodem, żebym zjechał na ścieżkę. Ale powiem szczerze, to były sporadyczne przypadki, dużo mniej niż w poprzednich latach. Co może dziwić, najlepiej jechało mi się na DK 10. Tam nie miałem ani jednego takiego incydentu. Jeździłem marginesem, a asfalt akurat tam był idealny, więc chyba i kierowcom, i mnie było wygodniej.

Ultrakolarz Jacek Kwiatkowski na rowerze szosowym Orbea M30i
Ultrakolarz Jacek Kwiatkowski nie zatrzymuje się i cały czas kręci korbą.

Sprzętowo było wszystko na medal. Poza pogodą, kontuzją i tymi pojedynczymi sytuacjami na drodze, całe zaplecze logistyczne, fizyczne, mentalne przygotowanie było perfekcyjne. I tylko dzięki temu udało mi się to wszystko dojechać.