Program
lojalnościowy

5,0/5 Nasza ocena
na Opineo

Punkty odbioru rowerów

Dostawa gratis w 24h

Nie ma jednej recepty na sukces — wywiad z Mikołajem Szewczykiem

Data aktualizacji: 17-09-2021

Mikołaj Szewczyk to miłośnik kolarstwa, który świetnie radzi sobie z łączeniem pro-amatorskiej jazdy na szosie z życiem rodzinnym. W wolnych chwilach prowadzi bloga Trzymaj Koło. Jako doświadczony cyklista, dzieli się radami dla początkujących rowerzystów. Dziś rozmawiamy m.in.: o tym, jak zdobywał wiedzę, o jeździe w peletonie i bezpieczeństwie na drodze.

Mężczyzna jedzie na rowerze.fot. archiwum prywatne

Centrum Rowerowe: Skąd wzięło się Twoje zamiłowanie do jazdy na rowerze szosowym?

Mikołaj Szewczyk: Od zawsze lubiłem jazdę na rowerze. Moja pierwsza miłość do kolarstwa szosowego narodziła się, gdy miałem około 10 lat. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Pensjonat w Zakopanem, mały telewizorek w rogu pokoju, a na nim górskie etapy Tour de France i wygrywający koszulkę w grochy Richard Virenque. Wtedy w mojej głowie wykiełkowało marzenie, żeby być taki, jak on. Tak zaczęła się moja pasja do szosy. Musiało minąć wiele lat zanim kupiłem sobie pierwszą szosówkę. Zrobiłem to dopiero na studiach. Wtedy wkręciłem się już na dobre, a szosa stała się moją wielką pasją i odskocznią od szarego życia codziennego.

CR: Kolarze szosowi często są postrzegani przez pozostałych rowerzystów jako zupełnie odrębna grupa. Jak myślisz z czego to wynika?

MS: To prawda. Kiedyś to było jeszcze bardziej zauważalne, bo nas — szosowców, było zdecydowanie mniej niż np. kolarzy MTB. Teraz to się zaciera. Kolarstwo szosowe stało się dużo bardziej popularne niż kiedyś. Często kolarze jeżdżą na MTB, aby za chwilę wsiąść na szosę albo gravela. Szosa jest bardzo specyficzna. Mamy nawet swoje własne zasady, zwane Velominati. Są one oczywiście humorystyczne i z przymrużeniem oka, ale dają jakiś pogląd na naszą oryginalność. Znajdziesz je na stronie trzymajkolo.pl

Generalnie nie jestem fanem takich podziałów. Ostatecznie wszyscy trenujemy kolarstwo, a to, czy robimy to w lesie, czy na szosie to sprawa drugorzędna. Pasja powinna nas łączyć, a nie dzielić.

Peleton rowerowy.fot. archiwum prywatne

CR: Wielu początkujących nie zdaje sobie sprawy z tego, że starty w wyścigach szosowych wymagają od kolarza konkretnych umiejętności technicznych takich, jak chociażby jazda w peletonie. Skąd Ty czerpałeś wiedzę o tajnikach poruszania się na szosie?

MS: Ja jestem typem samouka. Kiedy zaczynałem przygodę z szosą, ta odmiana kolarstwa nie była zbyt popularna. Bardzo trudno było znaleźć jakiekolwiek źródła wiedzy. Czerpałem garściami od zawodników masters, z którymi spotykałem się na cotygodniowej, niedzielnej ustawce. Podglądałem, słuchałem i powoli łapałem wszystkie tajniki jazdy w grupie, sposoby reagowania na ataki, wchodzenia w zakręty, ogólnie czytania peletonu.

Są to umiejętności, których nauczymy się tylko empirycznie, dlatego zawsze radzę osobom, które chcą zacząć się ścigać na szosie, żeby najpierw spróbować na lokalnych ustawkach i treningach grupowych. Bez odpowiednich umiejętności można położyć cały peleton na wyścigu.

Kolarz w lesie.fot. archiwum prywatne

CR: Jak wygląda Twoim zdaniem optymalny trening?

MS: Po wielu latach trenowania mogę stwierdzić jedno: idealny trening amatora jest odpowiednio dopasowany do życia osobistego. To jest moim zdaniem najważniejsze. Pracujemy na etatach, mamy rodziny i wszystkie sprawy osobiste mają ogromny wpływ na skuteczność treningu. Zdecydowanie najważniejsza jest regeneracja. Nie każdy zdaje sobie sprawę z faktu, że to właśnie podczas regeneracji łapiemy formę. Jeśli więc będziemy bardzo ciężko trenować, ale nie będzie to poparte odpowiednim odpoczynkiem, to po prostu się przetrenujemy, a efekt będzie odwrotny do pożądanego. Trzeba znaleźć złoty środek. Każdy organizm jest inny, więc gotowe plany treningowe też na każdego zadziałają inaczej. Trzeba to brać pod uwagę i przede wszystkim poznać swój organizm. Sprawdzić, jak reaguje na konkretne bodźce treningowe.

CR:  Ostatnio często podejmuje się dyskusję dotyczącą kwestii bezpieczeństwa rowerzystów na drodze. Jakich popularnych błędów należy Twoim zdaniem unikać, aby nie stwarzać zagrożenia dla siebie oraz pozostałych uczestników ruchu drogowego?

MS: Przede wszystkim podstawą jest zasada ograniczonego zaufania, a wręcz myślenie za kierowców. Trzeba pamiętać, że nawet, jeśli mamy pierwszeństwo, to chroni nas tylko kawałek lycry oraz kask. W starciu z autem nie mamy żadnych szans.

Niestety od czasu, kiedy kolarstwo stało się popularne w naszym kraju, jesteśmy traktowani przez kierowców jako zawalidrogi. Moim zdaniem nie ma sensu nakręcać tej spirali nienawiści i po prostu szanować się nawzajem. Przekleństwa, walenie w samochód pięścią czy przestawianie lusterek na dłuższą metę nie pomaga.

Ja dużo bezpieczniej czuję się na szosie od czasu, kiedy zacząłem na stałe jeździć z oświetleniem dziennym, zarówno z przodu, jak i z tyłu. Zauważyłem, że kierowcy jakby bardziej szanują mnie na drodze.

CR: Brałeś udział w wielu wyścigach szosowych. Jak zazwyczaj wyglądają przygotowania do takich startów? Z jakim wyprzedzeniem należy je rozpocząć? Według jakiego klucza dobierasz kolejne imprezy?

MS: Najlepiej ustalić sobie kalendarz startowy już na początku sezonu i później wprowadzać korekty. W ten sposób możemy sobie ustawić mikrocykle treningowe i celować w dane starty, jako priorytetowe.

Jeśli chodzi o dobór startów, to polecam wybierać te, które po prostu sprawiają nam przyjemność. Jedni wolą ścigać się po górach, inni po płaskich, jak stół trasach. Nie ma sensu zmuszać się do wyścigów, które będzie się jechać „jak za karę”.

Jeśli chodzi o takie bezpośrednie przygotowanie przedstartowe, to u mnie zawsze wygląda to podobnie. W tygodniu raczej spokojne i krótkie przejażdżki. Jeden mocny trening z ćwiczeniami podobnymi do jazdy wyścigowej. Dwa dni przed startem dzień wolny, a dzień przed startem tzw. wprowadzenie, czyli spokojny krótki trening z kilkoma pobudzeniami na wysokiej intensywności. Taki system powoduje, że na starcie jestem odpowiednio wypoczęty, ale i gotowy do jazdy na najwyższej intensywności.

Mikołaj Szewczyk na rowerze.fot. archiwum prywatne

CR: W jaki sposób radzisz sobie z kryzysami psychicznymi oraz fizycznymi podczas wyścigu?

MS: To jest dobre pytanie. Jeśli to jest normalny kryzys, to można go faktycznie spróbować okiełznać, ale jeśli chwyci typowa bomba, to w zasadzie nic nas już nie uratuje.

Gdy dopadnie nas kryzys psychiczny, zdecydowanie nie można myśleć o tym, ile jeszcze zostało do mety. Najlepiej spróbować skupić się na czymś zupełnie innym. Przenieść swoje myśli gdzieś indziej. Mogę potwierdzić, że bardzo pomaga wizualizacja zimnego napoju po wyścigu.

Należy pamiętać, że nogami steruje głowa. Często to nasze myśli potrafią zadecydować o końcowym sukcesie lub porażce. Tutaj idealne staje się słynne powiedzenie byłego niemieckiego kolarza — Jensa Voigta “Shut up legs”.

Mikołaj Szewczyk w górach.fot. archiwum prywatne
CR: Jakie osiągniecie kolarskie uważasz za swój największy dotychczasowy sukces. Jakie kolejne cele  przed sobą stawiasz?

MS: Mój największy sukces to chyba wygrana w górskiej klasyfikacji generalnej, w kategorii M30, cyklu Road Maraton w sezonie 2015. Specjalne miejsce w moim sercu zajmują też:

  • wygrana OPEN na Via Dolny Śląsk w Ludwikowicach Kłodzkich FUN 
  • 1 miejsce na Rajcza Tour 2012 (pierwsze zwycięstwo w życiu) 
  • 2 miejsce na krótkim dystansie Tatry Tour w 2017 
  • 2 miejsce na Pętli Beskidzkiej w 2018 
  • 1 miejsce na Baranowski Tour w 2018 
  • 3 miejsce OPEN na Trek Częstochowa Race w 2019

Od wielu lat moim największym marzeniem jest biało-czerwona koszulka Górskiego Mistrza Polski oraz wygrana na krótkim dystansie Tatra Road Race. Mój główny cel to po prostu, jak najdłużej czerpać przyjemność z kolarstwa.

CR:  Chcemy zapytać także o kwestie techniczne. Możesz nam opowiedzieć o swoich rowerach? Na jakie komponenty zwracałeś szczególną uwagę przy ich wyborze?

MS: Od wielu lat jeżdżę w zasadzie tylko na rowerach marki Ridley. Wcześniej liczyła się dla mnie głównie waga roweru, ponieważ startowałem przede wszystkim w górach. Później trochę się to zmieniło. Obecnie mam rower, który można zaliczyć do segmentu aero. Wciąż zwracam uwagę na stosunkowo niską wagę. Na szosie ścigam się na rowerze Ridley Noah SL na kołach karbonowych FFWD z wysokim stożkiem 60mm.

Jeśli chodzi o osprzęt, stawiam na Sram Red. Co może dziwić, nie mam w szosówce hamulców tarczowych. Cała tarczowa rewolucja jest moim zdaniem mocno na wyrost. Owszem, jeśli ktoś mieszka w górach i jeździ w deszczu, to są najlepszym rozwiązaniem. Jak ktoś mieszka na nizinach, to tarcze powodują tylko wzrost masy i dodatkowe problemy w eksploatacji. No, ale tej machiny już nikt nie zatrzyma. Tradycyjne hamulce szczękowe powoli znikną całkowicie z rynku.

Kiedy chce wyskoczyć w teren, to w garażu czeka na mnie rower przełajowy, również Ridley. Tu już hamulce tarczowe są nieocenione.

CR: Na koniec pytanie, które może interesować wielu Czytelników. W jaki sposób udaje Ci się pogodzić treningi i starty w zawodach z codziennymi obowiązkami?

MS: To temat rzeka. Po wielu latach trenowania, łączenia tego z pracą na pełen etat i życiem rodzinnym w systemie 2+2 mogę stwierdzić, że jest to bardzo trudne. Nie ma jednej recepty na sukces. Przede wszystkim, trzeba wszystko dobrze wyważyć — znaleźć odpowiednie kompromisy. Kiedy za bardzo zaangażujemy się w kolarstwo, ucierpi na tym rodzina. Pojawią się problemy życia osobistego, które będą rzutowały na naszą formę.

Musimy pamiętać, że tak naprawdę kolarstwo amatorskie to zabawa. Coś, co ma nam sprawiać przyjemność, a nie powodować dodatkowe problemy i stres. Kiedy to się zrozumie, trening zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Bardzo ważna jest systematyka, poukładanie wszystkiego. Wyznaczenie sobie konkretnego planu jest moim zdaniem niezbędne, jeśli chcemy mieć stały progres i wyniki.

 

Mikołaj Szewczyk chętnie dzieli się swoim doświadczeniem z innymi rowerzystami. Aktywnie prowadzi profil na Facebooku @trzymajkolo oraz bloga www.trzymajkolo.pl